- Dzień dobry. Czy Pani to Harriet
Watson? - zapytał, gdy drzwi się otworzyły.
- Tak. O co chodzi?
- Inspektor Lestrade – odruchowo
wyciągnął odznakę. - Chciałbym porozmawiać. Mogę wejść?
- A od kiedy to policja pyta się o
pozwolenie? - odpowiedziała pytaniem, przepuszczając go w drzwiach.
Już po przekroczeniu progu zapach
alkoholu lekko otumanił zmysły inspektora. Zdawało się, że Pani
Watson od dawna nie robi nic innego, tylko pije.
Po za tym widać było, że mało
sypia. Miała podkrążone oczy i bladą skórę.
Mimo tych drobnych niedoskonałości
była ładną kobietą...
Niska blondynka, falowane włosy i
zniewalające spojrzenie, mówiące „Wszystko mam pod kontrolą”.
Właśnie tak patrzyła na Grega, który wciąż czuł się
otumaniony...
- A więc... Czego policja może ode
mnie chcieć...? Nic złego nie zrobiłam.
- Właściwie to jestem tutaj
prywatnie... Chodzi o pani brata – na wspomnienie o Johnie jej
twarz momentalnie stężała. Wydawała się teraz być skupiona na
każdym wypowiadanym przez inspektora słowie. - Zostawił list, że
wyjeżdża. Nie podał żadnych namiarów... Żadnych informacji,
gdzie i po co jedzie, ani żadnych konkretnych powodów... Grupa
osób, z którymi zdążył się zaprzyjaźnić, w tym także ja,
postanowiła go odszukać, bo treść listu ewidentnie wskazuje, że
ma on do siebie żal... Nie chcemy, żeby zrobił coś głupiego,
niepoważnego... Staramy się wszystko wyjaśnić... I dlatego tutaj
jestem. Cy kontaktował się on ostatnio z panią?
- Nie rozmawiałam z nim od bardzo
dawna... Nie dzwoni, nie pisze, nie daje znaku życia od kilku
miesięcy... Wie pan... nigdy nie mieliśmy ze sobą zbyt dobrych
relacji...
- Tak, tak... rozumiem... A czy mogę
liczyć na to, że, gdyby jednak się skontaktował, da mi pani znać?
To jest mój numer – dodał, wyciągając wizytówkę. - Proszę
dzwonić o każdej porze...
- Tak, oczywiście... Proszę jednak
nie robić sobie nadziei... Jestem pewna, że mnie nie odwiedzi...
- Ale gdyby jednak...
- Będziemy w kontakcie...
- Dziękuję, to by było na tyle...
Nie będę już pani przeszkadzał...
- Gdy tylko się znajdzie –
powiedziała szybko Harriet – proszę mu powiedzieć... że
tęsknię...
- Dobrze... Do widzenia.
- Do widzenia inspektorze.
- Już widzę... Nie było go tu...
Stali przed drzwiami mieszkania Molly.
Ta nawet nie zdążyła podejść do drzwi...
- Może lepiej wejdziemy?
Sprawdzimy...?
-Nie ma takiej potrzeby... Drzwi są
nienaruszone. Gdyby próbował wejść zostałyby na nich ślady...
Na zamku widać rysy, ale są spowodowane przez klucze... Trzęsą Ci
się ręce, Molly? Pijesz? Nie... To z nerwów... Stresująca praca,
czy życie w pośpiechu? Pracę rzeczywiście masz niełatwą... Nie
dla słabych psychicznie ludzi. Ale gdyby to przez to to ręce
trzęsłyby Ci się już wcześniej... Rysy są dość świeże...
Więc pewnie chodzi o to drugie... Może popracuj nad planem dnia?
Kładź się szybciej spać...
- Sherlocku!
- Tak?
- Może po prostu wejdziemy?
- Naprawdę to by była strata czasu...
Spójrz na wycieraczkę... Jest czysta. John zawsze czyści buty...
To jakiś jego rodzaj szacunku dla gospodarza. I grzeczności...
Gdyby to w Tobie się kochał nie chciałby na wejściu nabrudzić Ci
w mieszkaniu... To by było niepoważne... Wtedy byś się na pewno
nie zgodziła zostać jego dziewczyną, narzeczoną, czy co on tam
chce... Chyba żebyś się zgodziła...? Lubisz mieć brudną
podłogę, Molly? Nieistotne... Tak tylko pytam... Może niektórzy
to lubią. Różne rzeczy ludzi interesują...
- To wchodzimy, czy nie...?
- Chcesz to idź... Nie ma go tam...
Masz ten sam bałagan co zwykle – sądząc po tym, że żyjesz w
pośpiechu... Pewnie nie masz czasu na sprzątanie. W takich
warunkach właściwie John by Ci się przydał... Lubi porządek.
Sprzątałby dla Ciebie... Ale niestety to nie Ciebie kocha.
Zaproponowałbym wynajęcie sprzątaczki, ale przy Twoich zarobkach
to jest raczej nieopłacalne... Nie starczałoby Ci na czynsz... I
wtedy sprzątaczka byłaby zbędna, bo nie byłoby mieszkania...
Chyba, że poprosiłabyś o to tą panią z parteru... Mieszka sama z
dzieckiem, a jest bezrobotna... Prawdopodobnie utrzymuje się z
jakiejś renty... Dodatkowe pieniądze by się jej przydały. A nie
musiałabyś płacić zbyt wiele...
- Rzeczywiście go nie było –
powiedziała Molly, wychodząc ze swojego mieszkania. - Coś mówiłeś,
Sherlocku...?
- Nic, nic... Jedziemy do Sally...
Sally Donovan siedziała w swoim
biurze. Miała do wypełnienia stertę raportów. Nienawidziła tego
robić, ale zbliżał się koniec miesiąca, więc musiały być
uzupełnione. Przeważnie pomagał jej w tym Anderson, czasem
Lestrade, gdy akurat nie miał co robić, ale obu panów nie było
dziś w pracy. Lestrade wyjechał, a Anderson miał grypę, więc
aktualnie prawdopodobnie leżał w łóżku i jadł rosół,
ugotowany przez jego matkę... Ewentualnie żonę.
- Pani Sierżant... - Do jej biura
wbiegł młody policjant. „Jak on miał? Stanford? Stanley?” -
Ktoś do Pani przyszedł...
- To go tu zaproś... - „Ahh Ci
młodzi... Trzeba ich uczyć wszystkiego”
- Miło, że mnie przyjmujesz Sally -
„Czego ten świr chce...”
- Czego chcesz świrze? Tylko szybko...
Nie mam czasu. Pracuję.
- Oboje wiemy, że od piętnastu minut
nie napisałaś tam ani słowa, tylko patrzysz na zegar, zatopiona we
własnych, bezużytecznych myślach...
- Streszczaj się świrze... Mam Cię
dość...
- Masz okres, czy tylko mnie nie
lubisz?
- Nie lubię Cię...
- Papierki po tabliczkach czekolady,
leki przeciwbólowe na biurku i blada cera sugerują tą drugą
opcję...
- Streszczaj się!
- Tylko spokojnie...Zjedz jeszcze
trochę czekolady i ciesz się tym, że nie wpadłaś z Andersonem
podczas zabaw, odbywających się pod nieobecność jego żony...
- Odpieprz się ode mnie, Świrze!
- Dobra, już... John wyjechał...
zostawił list. Potrzebuję kluczę do Twojego mieszkania.
- Co?
- Miałem się streszczać to się
streszczam... Jesteś jedną z kilku osób, u których mógł się
zatrzymać...
- Dlaczego akurat u mnie...?
- Możliwe, że się w Tobie
zakochał... Dostanę ten klucz?
- Okeeej... Jestem pewna, że go u mnie
nie było... Mam w bloku ochronę... Zadzwonili by do mnie, gdyby
ktoś się chciał ze mną skontaktować...
- Mógł się włamać...
- Zostałby zatrzymany... Wszędzie
mamy kamery...
- Więc jednak klucze nie potrzebne...
Dziękuję za współpracę, Donovan...
- Zjeżdżaj świrze...
- I co? - spytała Sherlocka Pani
Hudson, czekająca przed komisariatem.
- Ma okres – wyjaśnił Holmes.