23.1.16

Zaginiony John - Rozdział 2.

- Dzień dobry. Czy Pani to Harriet Watson? - zapytał, gdy drzwi się otworzyły.
- Tak. O co chodzi?
- Inspektor Lestrade – odruchowo wyciągnął odznakę. - Chciałbym porozmawiać. Mogę wejść?
- A od kiedy to policja pyta się o pozwolenie? - odpowiedziała pytaniem, przepuszczając go w drzwiach.
Już po przekroczeniu progu zapach alkoholu lekko otumanił zmysły inspektora. Zdawało się, że Pani Watson od dawna nie robi nic innego, tylko pije.
Po za tym widać było, że mało sypia. Miała podkrążone oczy i bladą skórę.
Mimo tych drobnych niedoskonałości była ładną kobietą...
Niska blondynka, falowane włosy i zniewalające spojrzenie, mówiące „Wszystko mam pod kontrolą”. Właśnie tak patrzyła na Grega, który wciąż czuł się otumaniony...
- A więc... Czego policja może ode mnie chcieć...? Nic złego nie zrobiłam.
- Właściwie to jestem tutaj prywatnie... Chodzi o pani brata – na wspomnienie o Johnie jej twarz momentalnie stężała. Wydawała się teraz być skupiona na każdym wypowiadanym przez inspektora słowie. - Zostawił list, że wyjeżdża. Nie podał żadnych namiarów... Żadnych informacji, gdzie i po co jedzie, ani żadnych konkretnych powodów... Grupa osób, z którymi zdążył się zaprzyjaźnić, w tym także ja, postanowiła go odszukać, bo treść listu ewidentnie wskazuje, że ma on do siebie żal... Nie chcemy, żeby zrobił coś głupiego, niepoważnego... Staramy się wszystko wyjaśnić... I dlatego tutaj jestem. Cy kontaktował się on ostatnio z panią?
- Nie rozmawiałam z nim od bardzo dawna... Nie dzwoni, nie pisze, nie daje znaku życia od kilku miesięcy... Wie pan... nigdy nie mieliśmy ze sobą zbyt dobrych relacji...
- Tak, tak... rozumiem... A czy mogę liczyć na to, że, gdyby jednak się skontaktował, da mi pani znać? To jest mój numer – dodał, wyciągając wizytówkę. - Proszę dzwonić o każdej porze...
- Tak, oczywiście... Proszę jednak nie robić sobie nadziei... Jestem pewna, że mnie nie odwiedzi...
- Ale gdyby jednak...
- Będziemy w kontakcie...
- Dziękuję, to by było na tyle... Nie będę już pani przeszkadzał...
- Gdy tylko się znajdzie – powiedziała szybko Harriet – proszę mu powiedzieć... że tęsknię...
- Dobrze... Do widzenia.
- Do widzenia inspektorze.




- Już widzę... Nie było go tu...
Stali przed drzwiami mieszkania Molly. Ta nawet nie zdążyła podejść do drzwi...
- Może lepiej wejdziemy? Sprawdzimy...?
-Nie ma takiej potrzeby... Drzwi są nienaruszone. Gdyby próbował wejść zostałyby na nich ślady... Na zamku widać rysy, ale są spowodowane przez klucze... Trzęsą Ci się ręce, Molly? Pijesz? Nie... To z nerwów... Stresująca praca, czy życie w pośpiechu? Pracę rzeczywiście masz niełatwą... Nie dla słabych psychicznie ludzi. Ale gdyby to przez to to ręce trzęsłyby Ci się już wcześniej... Rysy są dość świeże... Więc pewnie chodzi o to drugie... Może popracuj nad planem dnia? Kładź się szybciej spać...
- Sherlocku!
- Tak?
- Może po prostu wejdziemy?
- Naprawdę to by była strata czasu... Spójrz na wycieraczkę... Jest czysta. John zawsze czyści buty... To jakiś jego rodzaj szacunku dla gospodarza. I grzeczności... Gdyby to w Tobie się kochał nie chciałby na wejściu nabrudzić Ci w mieszkaniu... To by było niepoważne... Wtedy byś się na pewno nie zgodziła zostać jego dziewczyną, narzeczoną, czy co on tam chce... Chyba żebyś się zgodziła...? Lubisz mieć brudną podłogę, Molly? Nieistotne... Tak tylko pytam... Może niektórzy to lubią. Różne rzeczy ludzi interesują...
- To wchodzimy, czy nie...?
- Chcesz to idź... Nie ma go tam... Masz ten sam bałagan co zwykle – sądząc po tym, że żyjesz w pośpiechu... Pewnie nie masz czasu na sprzątanie. W takich warunkach właściwie John by Ci się przydał... Lubi porządek. Sprzątałby dla Ciebie... Ale niestety to nie Ciebie kocha. Zaproponowałbym wynajęcie sprzątaczki, ale przy Twoich zarobkach to jest raczej nieopłacalne... Nie starczałoby Ci na czynsz... I wtedy sprzątaczka byłaby zbędna, bo nie byłoby mieszkania... Chyba, że poprosiłabyś o to tą panią z parteru... Mieszka sama z dzieckiem, a jest bezrobotna... Prawdopodobnie utrzymuje się z jakiejś renty... Dodatkowe pieniądze by się jej przydały. A nie musiałabyś płacić zbyt wiele...
- Rzeczywiście go nie było – powiedziała Molly, wychodząc ze swojego mieszkania. - Coś mówiłeś, Sherlocku...?
- Nic, nic... Jedziemy do Sally...




Sally Donovan siedziała w swoim biurze. Miała do wypełnienia stertę raportów. Nienawidziła tego robić, ale zbliżał się koniec miesiąca, więc musiały być uzupełnione. Przeważnie pomagał jej w tym Anderson, czasem Lestrade, gdy akurat nie miał co robić, ale obu panów nie było dziś w pracy. Lestrade wyjechał, a Anderson miał grypę, więc aktualnie prawdopodobnie leżał w łóżku i jadł rosół, ugotowany przez jego matkę... Ewentualnie żonę.
- Pani Sierżant... - Do jej biura wbiegł młody policjant. „Jak on miał? Stanford? Stanley?” - Ktoś do Pani przyszedł...
- To go tu zaproś... - „Ahh Ci młodzi... Trzeba ich uczyć wszystkiego”
- Miło, że mnie przyjmujesz Sally - „Czego ten świr chce...”
- Czego chcesz świrze? Tylko szybko... Nie mam czasu. Pracuję.
- Oboje wiemy, że od piętnastu minut nie napisałaś tam ani słowa, tylko patrzysz na zegar, zatopiona we własnych, bezużytecznych myślach...
- Streszczaj się świrze... Mam Cię dość...
- Masz okres, czy tylko mnie nie lubisz?
- Nie lubię Cię...
- Papierki po tabliczkach czekolady, leki przeciwbólowe na biurku i blada cera sugerują tą drugą opcję...
- Streszczaj się!
- Tylko spokojnie...Zjedz jeszcze trochę czekolady i ciesz się tym, że nie wpadłaś z Andersonem podczas zabaw, odbywających się pod nieobecność jego żony...
- Odpieprz się ode mnie, Świrze!
- Dobra, już... John wyjechał... zostawił list. Potrzebuję kluczę do Twojego mieszkania.
- Co?
- Miałem się streszczać to się streszczam... Jesteś jedną z kilku osób, u których mógł się zatrzymać...
- Dlaczego akurat u mnie...?
- Możliwe, że się w Tobie zakochał... Dostanę ten klucz?
- Okeeej... Jestem pewna, że go u mnie nie było... Mam w bloku ochronę... Zadzwonili by do mnie, gdyby ktoś się chciał ze mną skontaktować...
- Mógł się włamać...
- Zostałby zatrzymany... Wszędzie mamy kamery...
- Więc jednak klucze nie potrzebne... Dziękuję za współpracę, Donovan...
- Zjeżdżaj świrze...





- I co? - spytała Sherlocka Pani Hudson, czekająca przed komisariatem.
- Ma okres – wyjaśnił Holmes.

22.1.16

Zaginiony John - Rozdział 1

„Ktoś mi kiedyś powiedział, bym nie mylił sympatii z miłością...
Żebym nie mówił Kocham zanim nie będę pewny, że nie chodzi mi tylko o przyjaźń... 
Bo wtedy mogę zranić nie siebie, a tę drugą osobę, która odwzajemniła moje uczucie... 
To wszystko jednak zadziałało u mnie odwrotnie. 
Pomyliłem miłość z sympatią... 
Powiedziałem Przyjaźń, a tak w głębi serca chodziło mi o Miłość... 
Nie raniłem tej drugiej osoby, tylko siebie... 
Dlatego jestem zmuszony powiedzieć Żegnam.
Osobę, która pierwsza przeczyta ten list proszę o przekazanie mojego pożegnania: 
Molly Hooper – przyjemnie się z Tobą współpracowało; 
Sally Donovan – cieszę się, że Cię poznałem. Powodzenia w policyjnej karierze; 
Inspektorowi Lestrade – Współpraca z Tobą była bardzo interesująca. Obyś radził sobie bez detektywów doradczych; 
Mycroftowi Holmesowi – cieszę się, że poznałem kogoś kto sprawił, że Sherlock nie wydawał mi się aż takim kretynem. Twoja sekretarka, Anthea jest chyba uzależniona od telefonu... Wyślij ją może na odwyk.;
Pani Hudson – przyniosła mi Pani nieocenioną pomoc. Dziękuję za wynajęcie mi pokoju, pomoc w czynnościach domowych, a także za te wszystkie rady, które od Pani usłyszałem; 
Sherlockowi Holmesowi – Dziękuję za wprowadzenie mnie w świat tajemnic i zagadek. To dzięki Tobie udało mi się szybciej wrócić do codzienności po powrocie z wojny.

Żegnam Was wszystkich. 
Myślę, że już się nie zobaczymy... 
Nie szukajcie mnie.
J.H. Watson”




- „Nie szukajcie mnie.” Jak to mamy go nie szukać... To przecież niepoważne. Nie może tak po prostu odejść... Prawda, Sherlocku? - biadoliła pani Hudson.
- Proszę się uspokoić... Muszę pomyśleć... Gdzie mógł się ukryć John Watson?
- Może jest u siostry...?
- Za proste... Nie przepada za swoją siostrą... Są pokłóceni... Nie wytrzymałby z nią długo... A może on wie, że wiemy, że to za proste i dlatego tam się ukrył, myśląc, że nie sprawdzimy... Może jest gotowy na to chwilowe poświęcenie...Sprawdzimy to. Chociaż mógł też się domyśleć, że mimo wszystko sprawdzimy i ukrył się gdzie indziej, sprawiając, że zmarnujemy czas... A wtedy on zdąży znaleźć inną kryjówkę niż ma teraz...
- A może jest u jakiejś dziewczyny? - rzuciła w ciemno Molly, którą Sherlock wyciągnął wcześniej z pracy.
- Nie bądź niepoważna... - odpowiedział detektyw. - Napisał, że jest zakochany... Miałby od razu pobiec do innej? To nie w jego stylu... Ewentualnie mógłby pobiec do tej, którą kocha, wyjaśnić to i owo, a dopiero później uciec ze złamanym sercem... List pisany był rano, więc teraz mógłby już być u niej i bredzić o uczuciach... Tam trzeba poszukać go najpierw... Może będą jakieś dalsze ślady... Może wspomniał tej swojej wybrance o domku w górach, albo Willi odziedziczonej po zmarłym na raka kuzynie... Chociaż to jest nieprawdopodobne... Gdyby miał wille to by ją sprzedał, przez brak środków na utrzymanie... Bo wiecie, ktoś tam musi sprzątać. John nie dałby rady ogarnąć sam całej willi, a przecież wiemy, że kocha porządek...
- Och, Sherlocku! - zniecierpliwiła się Pani Hudson.
- Odbiegłem od tematu... To nie zmienia faktu, że tak by właśnie było... Nie możemy zapomnieć o odwiedzeniu jego siostry. Myślę, że najlepiej by było kogoś do niej wysłać, żeby reszta nie musiała marnować czasu... Proponuję Lestrade'a... On i tak nic nigdy nie robi. Mógłby się do czegoś przydać. Zawiadomisz go Molly? Dziękuję. Teraz się trzeba zastanowić w kim mógł się zakochać John... To musi być ktoś bliski... Najprawdopodobniej to jedna z osób z listu. Nie wiem kto jeszcze mógł być dla niego bliski, oprócz tych kilku osób... Przeważnie wiem o jego związkach, mimo że on wie, że nie lubię o nich słuchać... Nie mówił mi nigdy o kimś, w kim mógłby się zakochać... A mówi przecież bardzo dużo...
- Ale chyba nie tak dużo jak Ty...
- Co mówiłaś, Molly?
- Lestrade zaraz przyjedzie.

- Och, dobrze... Na czym to ja... Reszta osób w tym czasie będzie musiała znaleźć jego obiekt zainteresowań... To nie powinno być trudne. Lista jest bardzo krótka. To będzie Molly i Sally... A i wspomina jeszcze Anthee... Będę musiał zadzwonić do Mycrofta, by dał jej dziś urlop. Przepraszam, że Pani, Pani Hudson, nie uwzględniłem na liście, ale to trochę nieprawdopodobne, by John pokochał akurat Panią. Z całym szacunkiem, ale chyba nie jest Pani w jego guście.
- Tak, tak, rozumiem... Gusta młodych Brytyjczyków się zmieniły...
- Nie wszystkich... Ja panią uwielbiam. Uważam, że jest Pani czarująca. To jak? Gdzie szukamy go najpierw? Możemy jechać do Molly. Gdy jesteś tutaj – oficjalnie będąc w pracy – on mógł wejść do Twojego mieszkania szykując kwiaty, szampana, czy kubańskie cygara... Ostatnią opcję można wykluczyć... Problemu z wejściem do środka by raczej nie miał... Zamki w Twoich drzwiach są raczej słabej jakości, a on w wojsku się nauczył kilku sztuczek...
- John by nie wszedł do cudzego mieszkania...
- On jest zakochany, Pani Hudson! Ludzie z miłości robią gorsze rzeczy...

21.1.16

Sherlock - miniaturka

- Co robisz, Sherlocku?
John Watson wszedł do mieszkania przy Baker Street 221B i zobaczył swojego przyjaciela nad stertą notatek... Sherlock nigdy nie robił notatek. Musiała szykować się jakaś akcja. Jakaś sprawa trudna nawet dla Sherlocka Holmesa...
- Sherlocku, coś się stało?
- Dlaczego? - zapytał cicho Holmes. - Dlaczego ja to wszystko rozumiem, a Ty nie?
- Czy to miało mnie obrazić?
- Nie! Dlaczego ja to wszystko widzę po jednym spojrzeniu, a taki Lestrade nie potrafi znaleźć nawet mordercy-amatora? Dlaczego dostrzegam każdy szczegół? Dlaczego po trzech sekundach patrzenia na Ciebie wiem, że właśnie wracasz z pracy, a po drodze z niej zatrzymałeś się kawiarence na rogu? Dlaczego wiem, że jadłeś donuta w czekoladzie z... orzechami? Przecież Ty nie jadasz orzechów, John... Ktoś z Tobą był... Ślady szminki na ustach sugerują kobietę... Dość bliską kobietę... Z kim się umawiasz John... I dlaczego wiem, że to Viki Buffay, mieszkająca przy Lisson Grove 31...?
- Czy Ty mnie śledzisz?
- Nie, nie, nie... Ty nic nie rozumiesz... Nic nie rozumiesz, a to przecież jasne jak słońce...
- W Twoim świecie wszystko jest jasne...
- I o to mi właśnie chodzi! Dlaczego? Nie... Ty wciąż nic nie rozumiesz, prawda? Ja to wszystko dedukuję... Czytam z Ciebie jak z otwartej księgi... Księgi, no właśnie – wskazał dłonią na stolik zastawiony grubymi tomami. - Przeczytałem je wszystkie. Każda mówi, że jesteśmy równi. Ale jak możemy być równi, skoro Ty nie rozumiesz większości wypowiedzianych przeze mnie słów...
- Czy to jest biblia?
- Biblia, Koran, Tora... Wszystko. Przeczytałem je... Mówią, że jesteśmy równi wobec siebie. A nie jesteśmy... Ty mnie nie rozumiesz, ja Ciebie znam po jednym spojrzeniu... Jak to możliwe skoro jesteśmy równi wobec siebie i wobec Boga... Jeśli hipotetycznie założymy, że istnieje...
- Czyli ogólnie chodzi Ci o to, że uważasz siebie za lepszego od innych i to przeczy temu co zrozumiałeś z Biblii...
- Z Biblii, z Koranu... Ze wszystkiego... Ale nie... Nie do końca tak. Ja nie uważam siebie za lepszego... Ja jestem lepszy...
- Pff
- Prychasz? Dlaczego na mnie prychasz? Nie zgadzasz się z tym... Ale przecież sam nie potrafisz dostrzec co dzisiaj robiłem...
- Nie potrafię? To patrz... Zmarnowałeś dzień na studiowaniu ksiąg, których nie potrafisz zrozumieć...
- Nie, John... Zmarnowałem dzień na spróbowaniu zrozumienia tego, dlaczego to ja wszystko rozumiem, a Ty i przykładowo Lestrade nie rozumiecie... Możecie sobie myśleć, że rozumiecie... Możecie mieć szczęście i wpaść na trop, ale to ja wiem, że złodzieje z muzeum przekupili strażnika, po jednym spojrzeniu w jego oczy... Ba! Po spojrzeniu na jego postawę, gdy go wyprowadzali na przesłuchanie... Widziałem, że czuł się oszukany, bo nie zdąży wydać tych czterystu tysięcy funtów, które zostały przelane na konto jego babki na dwa dni przed włamaniem... On jest właśnie przesłuchiwany przez Sierżant Donovan, a ja już rozwiązałem zagadkę...
- Co? Dlaczego nikomu tego nie powiedziałeś??
- Sami do tego dojdą... Złodzieje właśnie jadą do Francji sprzedać te obrazy, ale nie zdążą... Nieistotne... To wciąż nie odpowiada na pytanie dlaczego ja to wiem, a Ty nie... Dlaczego Lestrade nie powiadamia właśnie francuskiej policji...
- Bo mu nie powiedziałeś...
-... która by złapała sprawców na granicy? I tak ich pewnie złapią, zanim ci dotrą do kupca, który miał za zadanie przewieźć je do Hiszpanii, gdzie czeka bogaty kolekcjoner...
- Skąd Ty to wszystko wiesz?
- Nie oglądasz filmów, John?
- Nie. I Ty też nie, jak dobrze pamiętam...
- Tak, pamiętasz... Pamięć masz bardzo dobrą. Nie tak dobrą jak ja, ale świetną... I tu wciąż jest pytanie, dlaczego ja mam lepszą pamięć... Dlaczego pamiętam szczegóły moich pierwszych zleceń, a Ty nie pamiętasz, że mówiłeś mi o Viki Buffay jakieś dwa tygodnie temu? Ba! Nawet zapomniałeś, że dwie minuty temu o niej mówiliśmy... Oczywiście dwa tygodnie temu nie podałeś mi jej adresu, ale ja – przypadkowo – zobaczyłem przez okno, w którą stronę idziesz, a dwa i pół tygodnia temu – dokładnie to była środa, około dwudziestej wieczorem – zapisałeś numer trzydzieści jeden, gdy umawiałeś się przez telefon na spotkanie z „kimś”... Dlaczego ja to wszystko pamiętam, a Ty nie...? Dlaczego ja potrafię zamknąć to wszystko w moim Pałacu Myśli? Ty uważasz takie informacje za nieistotne i gdybym ja się z kimś umawiał, a za trzy dni bym wspomniał o jakiejś osobie, to byś nie umiał połączyć faktów... I dlaczego wciąż nie wiesz o czym mówię?

- A dlaczego Ty nie zauważyłeś, że już dawno przestałem słuchać? - powiedział Watson, wychodząc z kuchni z dwoma kubkami Herbaty.

Przywitanie Rysia

Cześć
 Jestem Rysiek.

Część z Was może mnie kojarzyć z innych blogów...
Tych pousuwanych, pozostawionych samymi sobie, czy też wciąż aktywnych (tych ostatnich niestety jest najmniej).
Cały czas próbuję stworzyć swój mały fragment internetu... Nie wychodzi mi to.
Mam nadzieję, że tym razem mi się uda. Przynajmniej będę walczył o to walczył...

Jestem osobą, która szybko się nudzi, nie może siedzieć w miejscu i nie lubi monotonii, dlatego przeważnie żadne moje plany nie wychodziły... Kończyły się zaraz po rozpoczęciu.

Mam też zmienny charakter... Nie potrafię prowadzić bloga w jednym stylu (np. bez przerwy na wesoło, albo zgoła odwrotnie: cały czas smutne i mroczne tematy...).
Dlatego potrzebuję miejsca, gdzie będzie mogło być wszystko...
I to był właśnie błąd, który popełniałem prowadząc inne blogi.
Ukierunkowywałem je na jeden temat, przy którym - gdy przychodziła odpowiednia pora na nowy post - nie potrafiłem się utrzymać...

Gdzieś tam, kiedyś - dawno temu - przeczytałem, że blogi o wszystkim nie odniosą sukcesu...
Nikt na nie nie będzie regularnie wchodził...
Nie będę miał czytelników...

Ale co z tego, że moje - ukierunkowane na jeden temat - blogi czytałoby czterdzieści milionów ludzi, skoro ja nie potrafiłbym tam pisać...?
Co z tego, że czytelnicy będą tam regularnie wchodzić, skoro ja tego nie będę robił...?
Co mi da to wszystko, skoro ja nic nie będę mógł dać od siebie...?

Może nie powinienem się brać za pisanie bloga, skoro nie potrafię się dostosować do wymagań?
Ale wtedy gdzie będę zapisywał swoje codzienne przemyślenia...?
Gdzie będę wstawiał swoje opowiadania...? Skoro ukierunkowane tematycznie blogi porzucam...
Gdzie będę publikował wiersze? Ask: Rymujacyja mi na to nie wystarcza...

Dlatego stwierdzam, że porzucam parcie na szkło, w poszukiwaniu czytelników - których i tak bym nie znalazł, przez to notoryczne kończenie blogów przed czasem...- i zaczynam pisać tylko dla siebie.
By moim czytelnikiem był w szczególności "przyszły ja"...
Bym miał gdzie wrócić za rok, dwa... i przeczytać co sądziłem o nowej płycie Linkin Park, a co o zamachach terrorystycznych...
Bym mógł ocenić jak poprawił się mój styl pisania...
Bym wiedział, gdzie i jakie popełniałem błędy...

Jeśli przy okazji znajdzie się ktoś inny, komu sprawi przyjemność czytanie moich wypocin to będę bardzo szczęśliwy...
Jeśli nie będzie nikogo to nie mam zamiaru się tym przejmować...

Dziękuję...
Pozdrawiam wszystkich
A w szczególności Przyszłego Mnie...

Rysiek.